Strażnicy cudzych dzieci

Zanim zaczniecie czytać poniższy tekst, wiedzcie, że powyższe zdjęcie pochodzi z sesji urodzinowej mojego młodszego syna (fot. Małe Skarby. Fotografia Dziecięca i Rodzinna) , na której za nic nie chciał pozować, ale bardzo chciał płakać, uciekać i być „bombelkiem” 😉

W dzisiejszych czasach ciężko być po prostu dzieckiem. Jak ma się na przykład „instamamę”, to od „instaniemowlaka”, zamiast w kołysce, trzeba się bujać w mediach społecznościowych, i to w wózku za miliony monet. Dzieci „madek” z automatu klasyfikowane są jako „bombelki”, nawet jak się drą publicznie, bo je na przykład but uwiera albo głód doskwiera, a niekoniecznie – bo na tym polega bezstresowe wychowanie. Jak się ma po prostu gluta, to pewnie jest winien gluten z kajzerki i na spacerach buntowniczo trzeba ciamkać marchew. A jak mały człowiek chce, dajmy na to, zrobić w żłobku odświeżającą rebelię, to i tak go rodziciele podejrzą przez kamerkę – a przy okazji panią-ciocię, która nawet nie może się w uśmiechu skrzywić, bo zaraz będzie na cenzurowanym.

Jak żyć?    

Z jednej strony to wspaniale, że parasol rodzicielskiej pieczy rozszerzył się na wszystkie sfery życia, łącznie z tą wirtualną. Świetnie, że dzieci są dla wielu wisienką na torcie udanego życia, a nie pospolitym dodatkiem, i że tak bardzo wzrosła świadomość tak zwanego rodzicielstwa bliskości. Z drugiej jednak strony– wychowywanie dzieci stało się sprawą publicznie dyskutowaną, poddawaną ustawicznej wewnętrznej kontroli i zewnętrznej cenzurze. Rodzicielska intuicja walczy z narzuconym społecznie wzorem postępowania z własnym dzieckiem. Naturalne instynkty konkurują z terrorem powinności.

I znowu – jak żyć?

Piaskowa gwardia

Za moich dziecięcych czasów osiedlowe podwórka nie były masowo grodzone jak wybiegi dla kóz. Jak się uciekło spod oka mamy, to się po prostu miało problem i trzeba było wracać po śladach wylanych ze strachu łez. Teraz są europejskie place zabaw z miękkim podłożem, ergonomiczną piaskownicą i huśtawką zabezpieczoną pod brodę. Jest sto razy bezpieczniej niż na moim łysym podwórku z dzieciństwa – a mimo to przy dzieciach stróżują dodatkowo gwardie opiekunów. Siedząc wprost na piachu, zamiast na przykład na ławce, osłaniają pisklę własnym ciałem – przed dziećmi sypiącymi piaskiem, przed złodziejami łopatek, przed obcą mamą lub babcią, która niebezpiecznie przysuwa się ze swoim potomkiem. A gdyby tak pozwolić potomkowi zapoznać się z innym potomkiem? Zaufać, że nawet jak dostanie w łeb grabkami, to przeżyje i da sobie radę z napastnikiem? Ja wychodzę z założenia, że nic tak nie uczy życia jak bitwa w piaskownicy, więc o ile nie leje się krew i jad, uważam, że ingerencja siły wyższej (czyt. dorosłej) nie jest konieczna. A może nawet jest niebezpieczna, bo jak się mały typek przyzwyczai do bodyguarda w postaci mamy/taty/babci/dziadka, będzie korzystał z ochrony aż do osiemnastki, w każdej sytuacji wymagającej aktywności rówieśniczo-społecznych. I jak tak żyć?

Przedszkolna komisja dyscyplinująca  

Każde szanujące się przedszkole ma nie tylko szpinak w jadłospisie – ale przede wszystkim swoją stronę internetową, grupę mailową i fejsbuka. A nawet wiele fejsbuków, bo osobną grupę posiadają starszaki Słodziaki, średniaki Maślaki czy też maluchy Karaluchy (to ostatnie wymyślił mój starszy syn, serio 😊). Bardzo doceniam to nowoczesne narzędzie kontaktu – o ile nie zamienia się w pręgierz do publicznej chłosty tych rodziców, którzy zdaniem innych źle się sprawdzają w swojej roli. Bo na przykład ktoś widział, że jedno dziecko kichnęło na drugie i jak tak można szafować zdrowiem swojego maluszka, posyłając do placówki zasmarkańca siejącego epidemię i śmierć. Albo ktoś podsłuchał, jak jeden chłopiec powiedział na drugiego: dupa i co to za rodzic, co go tak nauczył… a właściwie to nawet chyba wie, ale nie powie! Za to ma nadzieję, że ten, o kim mowa, czyta to właśnie i weźmie sobie do serca, w końcu chodzi o wspólne dobro naszych dzieci.

Nie jestem wprawdzie pewna, czy wspólne dobro pielęgnuje się plotkowaniem i sianiem fermentu na przedszkolnym fejsbuku, ale zawsze można porozmawiać otwarcie i skonfrontować poglądy bez ukrywania się za społecznościowym profilem. Tylko jak potem z tym żyć?

Bachory do obory

Jak powszechnie wiadomo, dzieci i ryby głosu nie mają, a już zwłaszcza w restauracji dbającej o komfort swoich klientów. O ile rybę można po prostu zjeść, o tyle dziecko co najwyżej wyrzucić za drzwi, powołując się na biznesowy profil lokalu lub politykę właściciela (kto chce sprawdzić, czy to działa, może w Zakopanem lub Poznaniu z tego, co wiem). Jako rodzic małych zbuków poniżej 6. roku życia jak nikt rozumiem motywację: pragnienie zjedzenia posiłku we względnej ciszy, niechęć do uchylania się przed latającymi talerzami albo dyskomfort spowodowany regularnym waleniem w oparcie krzesła. Ale też myślę, że poza segregacją klientów na pożądanych i niepożądanych (bo segregacje są zawsze oburzające i źle się kończą w dziejach ludzkości), jest parę innych sposobów rozwiązania problemu, z których mogą skorzystać restauratorzy, na przykład:

– wydzielenie w knajpie strefy dla szczęśliwych rodziców i szczęśliwców bez dzieci (pod warunkiem posiadania antresoli pokrytej dźwiękoszczelną, pancerną kopułą);

– wyraźna informacja, że lokal nie jest przystosowany dla rodzin z małymi dziećmi (plus ekstra pensja dla zaufanego ochroniarza, który wyprowadza bez litości za przewijanie małego obsrańca na stole);

– wycofanie z menu frytek, zup pomidorowych, rosołów, nagetsów i innych kultowych dań dziecięcych (oraz na wszelki wypadek wrzątku, niezbędnego do przygotowania mieszanki mlecznej);

– pójście za ciosem i zakazanie wstępu wszystkim, którzy nie odróżniają restauracji (i w ogóle miejsc publicznych) od obory albo chlewu, gdzie swoboda obyczajowa i werbalna hula od czasów feudalnych.

Gdybym się wybrała na przykład na romantyczny obiad we dwoje (sytuacja od kilku lat raczej hipotetyczna), to chyba jednak wolałabym przy sąsiednim stoliku rodzinę z plującym, ulewającym dzieckiem niż plującego nienawiścią awanturnika z grubym portfelem bądź pijaka ulewającego do szesnastego kufla z piwem. Im wstępu nikt nie zakazuje, choć w teorii są dorośli, odchowani i samodzielni.   

Dziecko chce być dobre. Jeśli nie umie – naucz. Jeśli nie wie – wytłumacz. Jeśli nie może – pomóż. Janusz Korczak.

Lecz jeśli dziecko nie jest Twoje – nie oceniaj, nie pouczaj i nie chrząkaj znacząco, bo nigdy nie wiesz, kiedy cię los przerzuci na drugą stronę barykady. Tam, gdzie będziesz pod obstrzałem krytyki, złych spojrzeń i szpinaku z małej jadaczki. Amen 🙂

A jeśli chcecie się w temat rodzicielstwa wdrożyć lub się w swej aktualnej niedoli pocieszyć – polecam nieśmiertelną serię o Juniorze… 🙂 (polski tytuł: Kochany urwis :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *