Bez słodzenia. O najnowszej powieści Danuty Awolusi „Macochy”

To z definicji nie będzie recenzja,  ponieważ mam do tematu stosunek cokolwiek emocjonalny… Jako że się przyjaźnię z autorką książki, byłam świadkiem procesu jej narodzin (powieści, nie Danusi) 😊. Tekst poznawałam jeszcze w powijakach, zanim został ubrany w przepiękną, stylową okładkę i redakcyjny szlif. Kibicowałam jak szalona aż do dnia premiery – a dziś, gdy szczęśliwie ujrzała światło dziennie, mnie bieleją kłykcie od zaciskania kciuków za jej sukces na rynku. Dlaczego? Bo to naprawdę dobra, wartościowa powieść dla kobiet oczekujących od literatury obyczajowej czegoś więcej. Czegoś ponad banał fabularny, niewyraźne postacie i poprawny język rodem ze szkolnych wypracowań. Czegoś ponad słodkie pierniczenie przy pierniczkach, takie na granicy mdłości. 

Pierniczki owszem, ale z pieprzem

Pani Jesień już puka do naszych drzwi… Miękkim gestem dłoni otulonej zamszową rękawiczką zaprasza na fotel – koniecznie pluszowy. Ułóż się wygodnie, przymknij sennie oczy i pozwól, by koc ogrzał ci kolana i zziębnięte serce… A potem zanurz ciasteczko własnego wypieku w gorącej herbacie z nutą róży i rozsmakuj się w lekturze o samospełniających się marzeniach, o idealnej miłości i o tym, że mimo cierni w tym bukiecie szczęścia życie tak po prostu, zwyczajnie cię kocha…

Czujecie się zaproszeni do lektury? Ja jakoś nie potrafię, chociaż zapowiedzi jesiennych premier w tym duchu bombardują mnie od jakiegoś czasu jak kasztany. Może w swoich oczekiwaniach względem literatury obyczajowej dla kobiet podążam po prostu inną parkową aleją, a może nie lubię być traktowana infantylnie. A może w ogóle nie powinnam się wypowiadać, bo na tak zwanej literaturze kobiecej sensu stricto zębów nie zjadłam, nadgryzłam co najwyżej, stwierdzając, że dla mnie jest za słodko. I za dużo, bo mam wrażenie, że powieści kobiece nie tyle się teraz pisze, co produkuje. Nowy tekst co kwartał, w porywach do miesiąca, opakowany w gwiazdy, kwiaty, pastele, leniwe niedziele. Jakkolwiek tego nie deprecjonuję, takowoż – nie kupuję. Taki to mój wyraz buntu przeciw prozie dla kobiet opartej na schematach, tanich emocjach, kalkowanych bohaterach i siermiężnych happy’endach. 

Takie dobre „Macochy”

Kto mnie zna, ten wie, że lubię się prozą obyczajową sponiewierać emocjonalnie. W literaturze szukam trudnych tematów, wielowarstwowych bohaterów, historii, które zaskakują niekoniecznie fabułą, ale na przykład ujęciem tematu z innej perspektywy czy zwrotem akcji, który zmienia mój odbiór książki. Przede wszystkim jednak cenię umiejętność pisania o emocjach, a w zasadzie przepuszczania ich przez filtr literackiego talentu, który objawia się w świadomym prowadzeniu fabuły i językowym kunszcie. I w zasadzie gatunek nie ma tu znaczenia, choć osobiście uważam, że w dziedzinie mistrzowskiego żonglowania emocjami to właśnie literatura kobieca ma największy potencjał. Klucz w tym, żeby go z talentem wykorzystać – a Danuta Awolusi po prostu to potrafi i właśnie w „Macochach” udowadnia.        

Najnowsza jej powieść to na pewno nie jest spacer kasztanową aleją w blasku gwiazd. To historia dwóch skrajnie różnych, skłóconych ze sobą sióstr – tytułowych macoch – które przedzierają się przez gąszcz uprzedzeń, oczekiwań i doświadczeń zacieniający ich relacje z dziećmi życiowych partnerów, ale także ich wzajemne stosunki. To historia miłości warunkowej, podyktowanej okolicznościami, przymusem, przypadkiem. Historia burzenia stereotypów i budowania świata na nowo. To wreszcie opowieść o trudnej sztuce otwierania się na siebie i drugiego człowieka, dokonywaniu nieoczywistych wyborów, które prowadzą do równie nieoczywistego happy’endu. A całość z charakterystycznym dla Danusi przekazem, że nie warto się poddawać przeciwnościom losu, bo – cytując autorkę – gdy pojawia się uczucie beznadziei, trzeba zrobić wszystko, żeby odciąć to „bez” i nadzieję odnaleźć.   

„Macochy” czytałam nie tylko z wielką przyjemnością płynącą z obcowania z dobrze napisanym, dojrzałym tekstem, ale też z podziwem dla przenikliwości i wrażliwości pisarskiej Danusi oraz jej fabularnej pomysłowości. Okazuje się, że można pisać dla kobiet i o kobietach jednocześnie mocno i lekko, zarazem przystępnie i kunsztownie, bez dojmującej goryczy, ale i bez taniego lukru. Takie powieści mogłabym pochłaniać i pod kocem, i pod kasztanem, i na plaży i gdzie tam się jeszcze powinno babskie książki czytać– bo jest po prostu szalenie wciągająca, a jako taka nie potrzebuje określonej scenografii. 

Danuta Awolusi, Macochy

wyd. Prószyński i S-ka, premiera: 10 września 2019 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *