Papierowi przyjaciele

Wielu z nich mam od dzieciństwa, innych od niedawna – zagościli i zostali. Nie mam dla nich zbyt wiele przestrzeni, ale dla wiernego towarzysza zawsze znajdzie się miejsce, czy to w wannie, czy na kanapie, a przede wszystkim w łóżku. Od lat kisimy się we własnym sosie; gdy jeden idzie w odstawkę, drugi wraca do łask – i tak w kółko. Taka przyjaźń ma same dobre strony i, wbrew pozorom, wcale nie da się jej łatwo przerwać…

Lubię domy, w których półka na książki jest większa niż telewizor. Dlatego też obok telewizora mam podwójny regał biblioteczny. Chyba to niepraktyczne i niemodne – chyba w nowoczesnym wnętrzu trzeba mieć trzy okładki, kolorystycznie zgrane, na pochyłej wypustce sterczącej ze ściany albo wręcz ścianę magnetyczną, do której przyczepia się e-czytnik. Oczywiście nie ma w tym nic złego, jeśli komuś takie e-lementy dostarczają czytelniczych e-mocji. Mnie nie dostarczają, bo czytam nie tylko tekst – czytam okładkę i stopkę redakcyjną, macam papier, wdycham zapach drukarskiej farby.

Bardzo bym chciała, żeby moi synowie znali smak dobrej lektury. Choć na razie, zwłaszcza ten młodszy, bardziej ceni smak tektury, od noworodka niemal czytam książeczki, aby rozumieli, że można, a wręcz należy i że nie zastąpią tego żadne tele-piksele. Niech mają – jak ja – papierowych przyjaciół, których pożera się z pasją i w dzieciństwie, i w dorosłości. Gdy patrzę, jak mały ludzik wodzi paluszkiem po obrazkach, jak słucha rymów, jak niezdarnie przekręca strony, mam głęboką nadzieję, że będzie lubił książki – może jedyny w klasie pełnej małych smartfonowców? Oby nie jedyny… Na razie wierszy Tuwima (w wydaniu Naszej Księgarni) słucha z głęboką powagą na zaślinionym obliczu. Gada do siebie, oglądając bez końca swoje małe książeczki. Jeśli kiedyś zobaczę, że z własnej woli sięga po mój ukochany, niewymiarowy, anachroniczny album o psach w twardej oprawie, padnę z emocji. A następnie podsunę mu chyłkiem Encyklopedię Larousse’a (któż jej nie miał?…), obrazkowy słownik polsko-angielski dla dzieci Disneya (był dla mnie jak mapa skarbów…) albo baśnie Andersena i braci Grimm w starych wydaniach i nieuproszczonej formie. Mam też klasykę Astrid Lindgren, ale nie przekażę, bo czytuję w wannie. A tak w ogóle pożyczyłam komuś Dzieci z Bullerbyn, jak widać na wiecznie nieoddanie. Cóż, smacznego…

Biblioteki na mnie nie zarobią, bo z lenistwa oraz sentymentu czytuję w kółko to samo. Zdarta jak nieszczęście Jeżycjada Musierowicz zajmuje całą dolną półkę – półkę pełną doskonałego tekstu i autorskiej grafiki, półkę wyrazistych, bliskich sercu postaci, humoru i scen pozostających w głowie chyba na zawsze. Wyżej mam książki, z których wyczytać można moje fascynacje – biografie rockmanów i aktorów, teksty o wampirach, coś o filmie, słowo o teatrze, no i rzecz jasna mocna reprezentacja z zakresu historii literatury (zawodowe zboczenie). Swego czasu stworzyłam też kolekcję słowników polskich, angielskich i francuskich – tak, wiem, jest Google Translator, nic do niego nie mam, ale lubię wertować. A teraz coraz mniej rzeczy można „wertować”, przynajmniej dosłownie, dlatego nie zamierzam odmawiać sobie tej przyjemności. Jest jeszcze półka z poezją, najwyższa, bo ginące gatunki trzeba chronić przed pobłażliwymi spojrzeniami i – zwłaszcza – małymi rączkami, które lubią miąć. Pomiędzy Achmatową, Osiecką, Leśmianem, Gałczyńskim czy Staffem zaszył się tutaj Dostojewski, gdyż od czasu do czasu, a już zwłaszcza jesienią, lubię się skatować rosyjską prozą. Kiedy akurat nie mam weny na katorgę – sięgam niżej, gdzie się mieści miszmasz powieściowy: skandalicznie dobre teksty Szczygielskiego, gorąca Frida Barbary Mujica, australijska saga Ptaki ciernistych krzewów Colleen McCulloughczy, wreszcie wielowątkowa i fascynująca historia polskich żydów W ogrodzie pamięci Joanny Olczak-Ronikiel. Przynajmniej raz w roku muszę się także odurzyć cyklem powieściowym Krystyny Nepomuckiej (Małżeństwo niedoskonałe), ponieważ niezmiennie bawi mnie do łez.  

Jest na moim regale jeszcze jedna półka, w jakimś sensie najważniejsza, choć reprezentują ją zarówno teksty dobre, jak i bardzo słabe. Wszystkie są mi w pewien sposób bliskie, bo to moje redakcyjne dzieci. Przez kilka lat pracy w wydawnictwie brałam czynny udział w ich powstawaniu, przyoblekaniu się w ostateczną formę, ubieraniu w okładkę, wybieganiu w świat. Łączy mnie z nimi na zawsze nazwisko na stronie redakcyjnej i wycinek czasu, jaki poświęciłam każdej z nich. Warto było poznać książki od drugiej strony, by zrozumieć, jak wielowymiarowy jest to twór. Nie tylko treść i format się liczy, ale ludzki trud włożony w powstanie każdego egzemplarza. Internety i czytniki niwelują ten trud, pozwalają oszczędzić kasę, miejsce, lasy i etaty, ale nie mają tego najważniejszego – historii, która od wieków molom książkowym zaostrza bibliofilski apetyt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *