„Statek śmierci” wiecznie żywy

Wystawa TITANIC. The Exhibition, Pałac Kultury i Nauki w Warszawie (październik 2016 r.)

 

Osobiście nie znam człowieka, któremu obce jest hasło: Titanic. Nie trzeba wiedzieć, w którym roku wypłynął w feralny rejs ani jakie miał faktycznie wymiary, by kojarzyć go ze spektakularną tragedią morską, jedną z największych w dziejach współczesnego świata.  Zanim za sprawą superprodukcji Jamesa Camerona wrył się na zawsze w masową wyobraźnię, fascynował głównie badaczy oraz historyków. Czy gdyby wtedy szczęśliwie dopłynął do Ameryki, ktokolwiek inny zapamiętałby jego imię?… 

Gdy film Titanic wchodził  na ekrany kin, był rok 1997, a ja miałam trzynaście lat… Fatalny wiek! Fatalny, bo niedojrzała jeszcze wrażliwość świruje przy ogromie przedstawionej tragedii, a dziewczęce emocje osiągają niebezpieczną temperaturę w zetknięciu z romansem, o jakich można tylko śnić. No i śniłam… Przyznaję się tu – po latach mogę, chociaż ciągle nieśmiało – że Jack Dawson z twarzą młodego Leonardo DiCaprio na długo pozostał bohaterem moich nastoletnich marzeń, a nawet więcej, pozostał najważniejszą postacią rodzącej się wtedy kobiecej wyobraźni. Płakałam za nim, gdy zamarznięty znikał w odmętach Atlantyku, ale płakałam przede wszystkim nad okrutnym losem „statku marzeń”. Nad tragiczną śmiercią półtora tysiąca pasażerów. Nad zdradliwą pogodą, nad błędami załogi. Wreszcie nad faktem, że – paradoksalnie zgodnie z ówczesnym prawem morskim – załadowano na transatlantyk o wiele za mało szalup ratunkowych…

Film Camerona wzbudzał na świecie skrajne emocje, co nie zmienia faktu, że stał się klasyką kina i zarazem niezatapialnym – specjalnie używam tego słowa – pomnikiem ofiar oraz morskiego giganta, który przegrał starcie z potęgą natury. Oglądany po raz drugi i kolejny traci nieco na sugestywności, ale niezmiennie sprawia, żelegenda Titanica ożywa w sercu i nie daje się zapomnieć.  Mam wrażenie, że jej echo unosi się nad wodami wszystkich wielkich akwenów świata. Przeżywam ją zawsze jako żeglarka amatorka, humanistka, a przede wszystkim jako człowiek…  

Kilka dni temu, prawie dwadzieścia lat po zderzeniu z ekranizacją tragedii, byłam na wystawie w Pałacu Kultury poświęconej Titanicowi, jego załodze, ofiarom i ocalonym. Teraz z perspektywy dorosłego człowieka spojrzałam w brodatą twarz kapitanowi Edwardowi Johnowi Smithowi, usłyszałam autentyczny dźwięk triumfalnej syreny Titanica, dotknęłam lodu, który przenikał ciała pozostające przy życiu zaledwie przez 25 minut śmiertelnej kąpieli.  Chłonęłam fakty, uroczyście oglądałam ponad stuletnie eksponaty, podziwiałam rekonstrukcje kajut i mebli – wszystko z poczuciem, że uczestniczę w jakimś dialogu z przeszłością  nabrzmiałą ludzkimi historiami, marzeniami i dawką emocji potężną jak sam statek. Nie było łez, jedynie ucisk w gardle świadczący o tym, że wydarzeń z nocy 15 kwietnia 1912 roku nie da się potraktować obojętnie w żadnym momencie jej zgłębiania – zwłaszcza kiedy stanie się twarzą w twarz z wymiarem ludzkiej tragedii, zawartym w kończącym wystawę spisie wszystkich 1520 ofiar…

Płyńcie do gwiazd!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *