Boża iskra w moherowym czepcu

Berek czyli upiór w moherze

tekst: Marcin Szczygielski, reżyseria: Andrzej Rozhin

prapremiera polska: grudzień 2008

Teatr Kwadrat, 04.03.2015

Są takie kreacje aktorskie, które wywołują uśmiech, podziw i szacun. Ale są i takie, które wykręcają duszę jak mokrą ścierkę, sprawiają, że masz ochotę z zazdrości walić głową w plusz fotela i wyć do gwiazd nad swoim losem przeciętniaka. Po tym, co zobaczyłam na scenie w Teatrze Kwadrat, beret z moherowym włosiem czczę jak relikwię… Chapeau bas, moherze!

Sztukmistrz słowa

Twórczość literacką Marcina Szczygielskiego znam i ubóstwiam. W pierwszym okresie mojego zachłyśnięcia się tą niewinnie obrazoburczą, szatańsko mądrą prozą okładki z gołą męską dupą i zniesmaczonym Jezusem Nazareńskim porozkładane bywały po całym mieszkaniu. W czasie gdy media pielęgnowały obyczajowy szok związany z faktem, że gej, chłopak cioty, napisał powieść o pedale, w moich skromnych domowych pieleszach też co nieco zawrzało. A stało się to za sprawą księdza, który zawitawszy pewnego dnia po kolędzie, zahaczył wzrokiem o jedną z tychże okładek – i zdębiał.

Berek, czyli upiór w moherze to przeniesiona przez Szczygielskiego na deski teatralne jego słynna powieść, której bohaterowie, tak doskonale współcześni i społecznie wiarygodni, zrobili prawdziwą furorę wśród czytelników, a potem widzów. Paweł jest gejem desperacko szukającym miłości, co konsekwentnie zagłusza przygodnym seksem, Anna – podstarzałą dewotką w berecie i żorżecie, żyjącą w świecie seriali i swych ciasnych poglądów. Jako sąsiedzi się nienawidzą, jako ludzie różnią wszystkim, czym tylko można. Jednak łączy ich samotność, która przełamuje lody i sprawia, że zaczynają się lepiej poznawać, a może nawet lubić?…

Wyraziste, dobre postacie to jednak nie wszystko, bo sęk w tym, że Szczygielski jest prawdziwym mistrzem słowa. Tworzy monologi, które ze śmiechu urywają brodę oraz dialogi nadwerężające nawet najmocniejszy pęcherz moczowy. Dowcip strzela ze sceny, pokładając całe rzędy – i chociaż dominuje, to nie przeszkadza, a może wręcz pomaga narodzić się refleksjom na temat naszej społecznej i ludzkiej natury. Powiedzieć coś ważnego pozornie niepoważnie, zostawiając widza z obolałym brzuchem i dymiącą czachą – oto sztuka, która nie wszystkim się udaje. A raczej udaje się nielicznym, wybranym, najzdolniejszym, do których Autor skromnie się zalicza.  

Karykatura kontra kreacja

Tak znakomicie zarysowane charaktery na scenie teatralnej łatwo przejaskrawić. Gej – jakże to wdzięczny temat, stereotypowo miękki w ruchach, zakrywający rączką liczko, z głosem jak żaba i najlepiej jeszcze w apaszce we wzór. Kilka takich tanich kreacji widziałam i w teatrze, i w kinie, samo pojawienie się pedała raduje publikę, zwłaszcza jej samczą reprezentację. Tymczasem okazuje się, że można normalnie zagrać postać zamiast karykatury. Paweł Małaszyński, choć warsztatowo nie jest ideałem, skutecznie buduje bohatera, którego tożsamość jako człowieka bardziej nas interesuje niż fakt, że jest on homoseksualny. Nawet jeśli momentami ociera się o niebezpieczną granicę zabawy stereotypem, pozostaje ludzki, a przede wszystkim wiarygodny – i bardzo zyskuje w duecie z genialną Ewą Kasprzyk.

Bo postać Anny to prawdziwy majstersztyk, jedna z takich ról, po których poznaje się klasę aktora. Zdumiewająco inna niż przywykłam ją widzieć, Kasprzyk na scenie po prostu szaleje. Powołuje do życia postać o własnej mimice, gestach, tembrze głosu, sama znikając jako osoba znana z filmów i mediów. Nierozpoznawalna nie dzięki doskonałej charakteryzacji, ale kreacji pozwalającej przeistoczyć się w kobietę z krwi i kości, rasową moherówę, a nie jakąś tam kabaretową babę, o którą mogłaby się pokusić aktorka nieobdarzona tak potężnym talentem i klasą. Ewa Kasprzyk ma to coś, co sprawia, że nie można oderwać od niej uwagi. Może to iskra boża, a może wyżyny profesjonalizmu? W każdym razie ja padłam i z kolan nie wstanę, jak kiedyś przed Jandą – bo to ta sama, najwyższa liga.

Medialna moda na gejów i moher chyba już przeminęła, ale za to trwa trend na sado-maso, więc chętnie mu się poddam…. Chcę jak najwięcej takich właśnie tortur: geniusz aktorski przenikający do bólu plus niewolniczy śmiech do upadłego. Oddaję się cała!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *